Rozmowa z Wojciechem Waglewskim o Voo Voo i nie tylko

Rozmowa z Wojciechem Waglewskim o najnowszej płycie Voo Voo „7” (tuż po trzecim koncercie od premiery płyty), dalszych planach muzycznych, konwencji gry, znaczeniu dla muzyków towarzyszącej im tremy i nie tylko. Wywiad zrealizowany po koncercie Voo Voo w Legnicy 26 marca 2017 – fotorelacja dostępna tutaj

Zapraszamy do lektury 🙂

 

Jesteśmy właśnie po koncercie promującym Waszą najnowszą płytę „7”, która to opisuje cykl życia z tygodnia. Czy ta płytę możemy rozumieć jako formę autobiografii?

Na pewno jest bardzo osobista, mówi o myśleniu o świecie człowieka  dojrzałego. Z resztą ta muzyka jest dosyć dojrzała. Myślę jednak, że ona jest dosyć modna, bo dostajemy dużo pozytywnych opinii od muzyków m.in. Krzyśka Grabowskiego z Dezertera.  Sądzę, że wszystkie nasze płyty są jakąś formą spowiedzi, ponieważ ze wszystkich osób, które poznałem, najlepiej znam siebie i najuczciwsze jest opowiadanie o sobie. Kiedy się zabierałem za tę płytę, to podchodziłem do niej z pewną dozą nieśmiałości ale okazało się, że już w pierwszym tygodniu sprzedaliśmy jej cały pierwszy nakład. Jest to właśnie niezwykłe,  kiedy ktoś robi bardzo osobisty opis sytuacji i nagle okazuje się, iż tak to mile łechce Państwa oczekiwania. To fajne.

Może odbiorcy chcą wyjść poza pewną konwencje i tego właśnie oczekiwali?

Tak myślę, bo na poprzedniej płycie mieliśmy piosenkę, która się stała największym przebojem zespołu Voo  Voo.  Był to utwór „Gdybym”, który trwał 7 minut. Nagle okazało się, że ludzie oczekują od nas pewnego wyrafinowania i jesteśmy dojrzałymi muzykami. Jest teraz taki czas, w którym dużo artystów nagrywa takie spokojne, wyrafinowane płyty. Coś więc musi być w powietrzu, że chce się taką muzykę grać i chce się takiej muzyki słuchać.


Płyta powstała całkiem niedawno ale czy już w Pana głowie pojawił się pomysł na jakąś nową płytę?

Myślałem o czterech porach roku ale to już wymyślił jakiś Włoch kiedyś (śmiech). Nie, nie, nie na razie się cieszymy bardzo, ponieważ zaczynamy trasę promującą nową płytę i nie możemy się opędzić od nowych propozycji koncertów. Z resztą tak też było z płytą „Dobry Wieczór”,  od której minęło już dwa i pół roku. To czas stosunkowo długi jak na Voo Voo  ale to było spowodowane tym, że tą płytę się świetnie grało i zapowiada się, że tej płyty też ludzie będą chętnie słuchać. Na razie muszę się jeszcze ogarnąć z tą płytą, jeszcze w niej pogrzebać, ona ciągle ewoluuje, dziś to był zupełnie inny koncert niż wczoraj a wczoraj był zupełnie inny niż pierwszego dnia. N razie się jeszcze tym bawimy i to nam daje bardzo dużo frajdy. Płyty są tak na prawdę konsekwencją koncertu. Jeśli na koncercie czujemy, że chcemy zrobić coś innego, to wtedy nagrywamy płyty. Na razie dopiero zaczynamy, także póki co nie myślimy o żadnym nowym wydarzeniu muzycznym.

|No właśnie, grywacie dość zróżnicowane koncerty, z jednej strony sala akademii rycerskiej kiedy jest koncert bardziej spokojny a z drugiej strony koncert festiwalowy np. Woodstock. Czy stanowi to dla Was różnicę gdzie i dla kogo gracie?
Owszem. Zmieniamy repertuar. Może nie potrzebnie? Jeśli gramy na dużych festiwalach a w tym roku mamy ich sporo. Kiedyś w panice szykowałem taki dość mocny, zdecydowanie rockowy repertuar. Natomiast ta płyta m.in. też jest podyktowana czymś takim, że po nagraniu płyty z moimi synami „Matka ,Syn, Bóg”, a była to płyta bardzo wolna – taka spokojna, to mimo wszytko była ona kilka razy grana na dużych rockowych festiwalach. Dla tysięcy ludzi, i to mówiąc kolokwialnie – zażarło. Na razie z Voo Voo mam lekkiego cykora żeby zagrać tą płytę na festiwalu ale będę do tego podchodził. Myślę, że było by to coś innego
Jak Pan nie spróbuje to się pan nie dowie..
Tak, tak jak najbardziej. |
Teraz trochę inne pytanie. Prowadzimy Stowarzyszenie promujące młodych artystów, szczególnie muzyków. Czy ma Pan jakieś rady dla młodych ludzi dopiero zaczynających kariery muzyczne?
Nie mam, ponieważ czasy się zmieniły. Jak ja zaczynałem karierę, to nie było  mediów społecznościowych ani przede wszystkim Internetu. Internet jest potęgą. Myślę, że jeżeli artysta zrobi sobie dobrą wizytówkę np. na youtube, to ma znacznie łatwiej  z jednej strony niż my a z drugiej znacznie trudniej, bo takich wizytówek jest np. 15 dziennie. Tak więc nie mam recepty. To też jest tak, że ludzie utalentowani wypływają, być może dlatego że wiedzą jak ten talent wyeksponować. Życie muzyka nie jest życiem łatwym ale myślę, że jest możliwość pokazania się. Za moich czasów to było takie skradanie się do grania po klubach. Trzeba być konsekwentnym i walczyć o swoje. To wymaga dużej determinacji. Poza wszystkim w pracy pracownika muzycznego poza nauką musi być taka iskra boża, która daje temu człowiekowi charyzmę. Musi być człowiek który wyjdzie i przemówi. Granie muzyki, szczególnie rockowej, to jest komunikowanie się z ludźmi, jest to opowieść . Trzeba coś tym ludziom przekazać.

Czy Panu zdarza się jeszcze miewać tremę przed występem?

Oczywiście, cały czas. Tremę mam straszną. Jasiu Kaczmarek, już nie żyjący artysta kabaretowy, powiedział mi kiedyś, że trema jest karą za pychę . Za to, że się człowiek pcha na afisz. Ta trema z jednej strony jest fajna. Z drugiej strony nie jest to dobre, bo czasem przez pierwsze trzy utwory na koncercie nie mogę wydobyć z siebie słowa i mówię nieskładnie. Muszę wypić kieliszek wina żeby się w ogóle odezwać (śmiech)…  a potem już to idzie. Ta trema również daje mi świadomość, że jest to jakaś odpowiedzialność i trzeba być uważnym.  Uważać na to co się mówi do publiczności. Znam kilku artystów, którzy mówią, że w ogóle nie mają tremy i ja im trochę współczuję. Sam bym jej nie chciał mieć ale  to też jest tak, że ta trema to jest dla mnie coś, co nakręca mnie do dalszej pracy.

Z Wojciechem Waglewskim rozmawiali :       Magda Minich i Dawid Stefanik

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.